Poprad, czyli Tatry inaczej


Pomysły na wycieczki / niedziela, Wrzesień 1st, 2019

Kochasz Tatry, ale nie lubisz Zakopanego? Przerażają Cię zatłoczone Krupówki i kolejki na Kasprowy? Chcesz po prostu zdobywać góry, bez całej tej otoczki góralskich miasteczek, bez wszędobylskich skrzypiec i straganów z oscypkami na każdym rogu? Być może słowacki Poprad jest właśnie dla Ciebie.

Kościół św. Idziego znajdujący się w samym sercu Popradu — wizytówka miasta.

Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze nikomu nie śniło się, że Słowacja przyjmie euro, kraj ten w Polsce kojarzył się głównie z wycieczkami po tani alkohol. Do dziś to pamiętam: mam jedenaście lat i stoję razem z ojcem, czekając w kolejce do przejścia granicznego. W mojej torebce tłuką się o siebie butelki Borovički i Becherovki. Kiedy przychodzi moja kolej, nikt nawet nie fatyguje się, żeby tam zajrzeć, chociaż wielki plecak mojego ojca zostaje drobiazgowo przetrząśnięty. Już po polskiej stronie, czekając na autobus do Krakowa, dostaję za swoją działalność przemytniczą ogromną czekoladę Studentską. Staropramen, Zlatý Bažant, tanie jak barszcz wina w kartonie — dwadzieścia lat temu to właśnie z nimi kojarzony był nasz południowy sąsiad. Mnie z kolei wówczas bardziej interesowały serowe korbaczyki, Lentilki oraz właśnie ta czekolada, niedostępna wówczas w Polsce, przeładowana bakaliami. Jednak największą atrakcją w podróży na Słowację było samo przekraczanie granicy. Nowe nazwy, nowy język. Niby wszystko podobne, a jednak zawsze trochę inne. Wyjazdy z rodzicami do Popradu są jednymi z moich najlepszych wspomnień z dzieciństwa, hołubionymi przez lata. I choć minęło już tyle lat, podczas których zdążyłam odwiedzić także inne kraje, a polsko-słowackie przejścia graniczne zdążyły już obrosnąć kurzem i pokrzywami, Poprad i słowackie Tatry nadal zajmują szczególne miejsce w moim sercu.

Popradzki rynek dwadzieścia lat temu. Czasy, kiedy cały tydzień wakacji trzeba było zmieścić na jednej, góra dwóch kliszach. Nie było mowy o bezmyślnym pstrykaniu kilkunastu fotek jedzenia 😉 Pamiętam, że zostawiliśmy aparat w taksówce i musieliśmy kupić nowy w tutejszym domu handlowym. Dzień później taksówkarz jakimś cudem nas odnalazł i oddał nam aparat, dzięki czemu nie przepadło nam to, co najcenniejsze, czyli zdjęcia ze zdobytych szczytów.
Niewiele się zmieniło.

Zakopane i Poprad — dwa górskie ośrodki po przeciwnych stronach Tatr. Za każdym razem zaskakuje mnie, jak bardzo się od siebie różnią. Polska stolica gór jest wypełniona atmosferą tych gór po brzegi. Gdzie nie spojrzeć, tam pensjonat przy pensjonacie, a każdy z nich jest chyba z gumy, bo wolne pokoje nigdy się nie kończą, nawet w sezonie. Jest hałaśliwie, kolorowo i wesoło, każdy skrawek miasta aż krzyczy o tych górach, choć je same trochę trudno zauważyć spod tych wszystkich budyneczków, reklam i szyldów. Poprad jest całkowicie inny — choć ma góry w samej swojej nazwie (zarówno dworzec kolejowy, jak i lotnisko występują pod nazwą Poprad-Tatry), żyje tak jakby swoim życiem, egzystując obok nich, ale zajmując się swoimi sprawami. Mimo to właśnie w Popradzie można podziwiać panoramę Tatr w pełnej krasie, niezakłócaną niepotrzebnymi ozdobnikami. To zresztą jedna z najbardziej widocznych różnic, jakie zauważymy zaraz po wjeździe na Słowację — wszechobecne reklamy, bolączka całej Polski, ale w szczególności Podhala, praktycznie całkiem znikają, pozwalając cieszyć się górskimi widokami. Charakter Popradu jest, ogólnie rzecz biorąc, bardziej miejski, niekiedy wręcz przemysłowy. To nie jest wystrojone dla turystów, wiecznie świętujące miasteczko, ale zwyczajny ośrodek miejski, w którym ludzie mieszkają, pracują i załatwiają codzienne sprawy. A przy tym mogą także wybrać się w góry. Jeśli ktoś lubi przez jakiś czas pomieszkać w takim właśnie zwykłym mieście i nie czuć się ciągle jak potencjalna ofiara turystycznych pułapek, tutaj powinien dobrze się odnaleźć.

Góry są wpisane w krajobraz Popradu. Za każdym razem zachwyca mnie ten kontrast pomiędzy majestatyczną naturą a industrialnym charakterem tego miasta.
Plątanina torów kolejowych. W tle budynek dworca, z którego odjeżdża kolejka elektryczna.

Oczywiście Poprad przez cały rok przyciąga masy turystów i jest tego doskonale świadomy. Centrum miasta, czyli Námestie Svätého Egídia, z charakterystycznym ryneczkiem, fontanną i białymi łukami, to miejsce typowo nastawione na ruch turystyczny, wyposażone w hotele, knajpki i puby z regionalnymi potrawami. Jednak, nawet odwiedzając popularne restauracje w centrum, można zauważyć, że stołują się także miejscowi. W centrum można też znaleźć parę straganów z pamiątkami, ale jest ich dosłownie kilka i nie zajmują całej wolnej przestrzeni. Zaraz za centrum część turystyczna praktycznie się kończy, zaczyna się zwykłe życie mieszkańców. Idąc kawałek na północ, znajdziemy się przy dworcu kolejowym, który obsługuje Tatrzańskie Koleje Elektryczne. Ta popularna linia łączy ze sobą Poprad, Stary Smokowiec oraz Szczyrbskie Jezioro, czyli najpopularniejsze tatrzańskie bazy wypadowe. W zaledwie dwadzieścia kilka minut można się stąd dostać do Smokowca, z którego startują najróżniejsze szlaki. Sama jazda kolejką jest bardzo przyjemna, a w dziecięcych czasach była dla mnie jedną z głównych atrakcji. W szczególności, jeśli mogłam sama kupić sobie bilet, składając do kupy kilka łamanych słowackich słówek. Na szczęście pracujący tu ludzie znają język polski. A poza tym teraz wszędzie są automaty 😉

Dworcowa knajpka o uroczej nazwie 😉
Wystarczy zaledwie dwadzieścia parę minut, aby z Popradu dostać się do Starego Smokowca, od którego odchodzą rozmaite szlaki.
I już można podziwiać takie widoki.
Albo takie.
Albo na przykład takie.

Gdzie zjeść, gdzie wypić, gdzie pomacać kota?

Co jeść na Słowacji? Tatry, jak wiadomo, owcami stoją (i między innymi za to tak je kocham), dlatego też największym specjałem tego regionu jest oczywiście ser. W każdej postaci. A to vyprážaný syr w formie kotleta, a to haluszki, czyli kluseczki z serem, czy też w końcu moje ulubione pierogi z bryndzą. Tego typu dania można znaleźć w większości restauracji przy rynku, jednak ja najbardziej polecam Kolibę u Štefana, która znajduje się zaraz obok parku wodnego Aquacity. Jest to restauracja połączona z pensjonatem. Jeśli obsługa usłyszy, że goście mówią po polsku, poda im kartę przetłumaczoną na nasz język. Nie wiem, jak teraz, ale kiedyś karta ta była źródłem wielkiej uciechy, ponieważ znajdowały się w niej takie specjały jak „gulasz z dziczyzny słabości” czy też „nogi saute sarny na drodze Stroganoff” 😉 Do jakości samego jedzenia nie można się natomiast przyczepić — można tu naprawdę dobrze i niedrogo zjeść, do tego w przyjemnej, klimatycznej sali.

Pierogi z bryndzą, czyli narodowy skarb Słowaków.
Koliba u Štefana ma same zalety — można tu się wyspać, zjeść, a do tego stąd dosłownie tylko rzut beretem do Aquacity (i w dodatku goście dostają kartę zniżkową).

Co jednak zrobić, jeśli jesteś weganinem albo wegetarianinem, który ma już dość sera? Ano, można pójść do niedawno otwartej restauracji VEG, znajdującej się w centrum (choć nieco na uboczu). Można tutaj znaleźć interesującą mieszankę kuchni indyjskiej z typowym street foodem. Największą tutejszą ciekawostką jest Beyond Burger, czyli burger z „niemięsa” znanego jako Beyond Meat. W Polsce można go na razie zjeść tylko w paru miastach i niestety nie ma wśród nich Krakowa, zatem Poprad to najbliższa znana mi lokalizacja, która go serwuje. Taki burger, podawany z frytkami, kosztuje dość sporo, bo 9,50 €, jednak jest on naprawdę duży. Wiedząc, że będziemy tego dnia jeszcze coś jeść, postanowiliśmy zamówić jednego burgera na dwie osoby i okazało się to mądrą decyzją. Jak smakuje to tajemnicze „niemięso”? Otóż w zasadzie zupełnie tak samo jak mięso, tyle że… lepiej. Aromat podczas smażenia jest w zasadzie identyczny, smak również, różnica jest natomiast w konsystencji — gładszej, bardziej aksamitnej, pozbawionej nierówności. Można się naprawdę zdziwić. Cieszę się, że coraz więcej miejsc oferuje różne opcje wegetariańskie i wegańskie, a temat „sztucznego mięsa” coraz częściej przewija się w obiegu informacyjnym. Fajnie, że wegetarianie i weganie nie są już skazani wyłącznie na tofu (choć i tofu można przyrządzić naprawdę pysznie). VEG to miejsce z dużym potencjałem, bardzo potrzebne jako alternatywa dla tradycyjnych lokali z gulaszem i pierogami, mam zatem nadzieję, że się utrzyma.

Restauracja VEG jest trochę schowana, ale warto ją odnaleźć.
(Nie)mięsny burger.

No dobrze, zatem zjedliśmy już obiad, z mięsem, serem lub w wersji wege, może zatem czas na małą kawkę i ciasteczko? Można oczywiście usiąść w którejś z kawiarni przy rynku, ale ja mam lepszy pomysł — najpierw zrobimy sobie mały spacer, w sam raz, aby w brzuszku zrobiło się miejsce. Odwiedzimy dzielnicę Veľká, usytuowaną na północnym zachodzie miasta. W tym celu musimy minąć dworzec i przeciąć duży węzeł kolejowy. Ulica Železničná, a następnie Fraňa Kráľa zaprowadzi nas do najprzytulniejszego miejsca w całym mieście — do kociej kawiarni Cat Café Club. Królują tu cztery piękne kotki: Hera, Donata, Nastasia i Mafia. Zaraz po tym, jak usiedliśmy, na stolik władowała nam się Hera, obwąchała dokładnie nasze szklanki z Kofolą, a następnie postanowiła sobie uciąć drzemkę na tym właśnie stole. Co ciekawe, miejsce to oficjalnie nie funkcjonuje jako kawiarnia, ale jako klub, dlatego też napoje i przekąski nie mają odgórnie ustalonych cen. Goście sami decydują, ile zapłacą za swoje zamówienie oraz za możliwość spędzenia czasu w kocim towarzystwie. Kocie kawiarnie to kolejny trend, który zatacza coraz szersze kręgi, i bardzo mnie to cieszy. Ludzie doceniają towarzystwo kotów, które są stworzone do wspólnego odpoczynku przy kawie i ciastku. Któż bowiem lepiej lepiej rozumie słowo „relaks” niż koty?

Towarzyska i ciekawska Hera.
Rozespana i zdystansowana Donata.
Celowo nie poświęcam osobnego akapitu popradzkim piwiarniom, bo to dość wyeksploatowany temat, ale jeśli ktoś chciałby spróbować regionalnych piw, to mogę polecić Dobré Časy (ulica Levočská). Można tam nie tylko poznać tutejsze marki, ale także oberwać uniwersalną prawdą życiową 😉

A jeśli mowa o relaksie, to nie sposób pominąć Aquacity, o którym już wcześniej wspominałam. Tatry, zarówno polskie, jak i słowackie, to istna stolica parków wodnych i źródeł termalnych. Oferta jest bardzo bogata i można w niej przebierać, w zależności od tego, czy interesuje nas szaleństwo na zjeżdżalniach czy raczej spokojny wypoczynek. Gdybym miała sklasyfikować Aquacity, to przypisałabym je raczej do tej drugiej kategorii (co nie znaczy, że dzieci nie mają tutaj co robić). To dość spory kompleks składający się z kilku basenów termalnych zewnętrznych i wewnętrznych, z dużą liczbą dysz do hydromasażu, siedzeń jacuzzi, koloroterapią oraz wieczornym pokazem laserowym. W sam raz, aby się zrelaksować po dniu spędzonym na górskich szlakach. Bardzo fajna jest tutejsza strefa spa, z różnymi saunami suchymi i parowymi, z pokojami do relaksu oraz lodową grotą. Miejsce to nie należy do najtańszych, ale warto sobie zafundować choćby bilet wieczorny. Rzecz jasna, w sezonie jak każdy park wodny przeżywa istne oblężenie, dlatego też zamiast lipcowej soboty lepiej wybrać jakiś inny termin. Na przykład jakiś dżdżysty, listopadowy dzień, kiedy zmrok zapada wcześnie, a gorąca woda w zewnętrznym basenie intensywnie paruje…

Blue Sapphire, jeden z basenów w Aquacity. To tutaj codziennie o 20:30 odbywa się pokaz laserowy.
Spiska Sobota, zabytkowa dzielnica Popradu.

Właściwie sama nie wiem, dlaczego tak bardzo lubię Poprad. Zapewne składa się na to miks wspomnień przefiltrowanych przez różowe okulary dzieciństwa, spora dawka sentymentu oraz szczególny charakter tego miasta, które wydaje się tak naturalnie zżyte z górami, a jednocześnie jakby nieco obojętne na ich urok. Lubię Słowaków, ich luz i uśmiech, ich sympatyczny język, a jednocześnie otwarcie na polskich gości (czy ktoś słyszał, żeby Polacy w Zakopanem mówili po słowacku?). Uwielbiam kolejkę elektryczną i popradzki dworzec, w którym nadal można kupić kawę z automatu za 50 eurocentów. Kocham majestatyczną ścianę tatrzańskich szczytów, na stałe wpisaną w krajobraz tego miasta. Jeśli zatem także uwielbiasz Tatry, a czasem odczuwasz zmęczenie gwarną i zagęszczoną do granic możliwości polską stolicą Tatr bądź też po prostu masz ochotę zapoznać się z innym podejściem do tatrzańskiej turystyki, daj szansę Popradowi — może i Ty zostawisz tutaj kawałek swojego serca.