Moja gorczańska pętelka


Pomysły na wycieczki / niedziela, Maj 17th, 2020

Gorce to idealne miejsce na jednodniową wycieczkę — są łagodniejsze i mniej zatłoczone niż Tatry, a zachwycają naturą i zjawiskowymi panoramami. Dzisiaj mam propozycję niezbyt długiej (liczącej ok. 12 kilometrów), przyjemnej pętelki, która, choć nie zahacza o najpopularniejsze w tym regionie szczyty, świetnie pokazuje piękno i różnorodność tutejszych krajobrazów. W sam raz na majowy wypad.

Myślę, że to, co teraz napiszę, nie będzie jakimś wyjątkowo oryginalnym wyznaniem: miewam czasem spadki nastroju, jak chyba każdy. Jedni swoje zmartwienia topią w alkoholu, inni rozśmieszają się filmami komediowymi. Ja swoje smutki leczę w górach. Obecnie, kiedy pytanie o złe wiadomości nie brzmi, czy są, ale ile ich jest i jak bardzo są złe, możliwość pozostawienia choć części ze swoich trosk na górskich szlakach może być kluczową kwestią, jeśli chodzi o nasze zdrowie psychiczne. Na szczęście góry są dużo większe niż wszystkie nasze zmartwienia i nie mają do nas pretensji, gdy zrzucamy na nie nasz emocjonalny bagaż.

Przeglądając ostatnio pliki na moim komputerze, natrafiłam na zrzut ekranu z mapą sprzed trzech lat. Najwyraźniej planowałam wówczas wycieczkę w Gorce, która z jakiegoś powodu nie doszła do skutku. Potraktowałam ten obrazek jako prezent od samej siebie z przeszłości i postanowiłam sprawdzić tę trasę.

Tak właśnie będzie przebiegała nasza pętelka.

Żółty szlak jest wygodnie usytuowany zaraz przy przystanku autobusowym w miejscowości Lubomierz. Można tu zostawić samochód, ale trzeba się spieszyć — parking nie jest duży i w sezonie na pewno jest tu ciasno. My przyjechaliśmy na miejsce około kwadrans po ósmej i ledwo znaleźliśmy miejsce. Gdyby tutaj nie było wolnych miejsc, można zawsze spróbować na dużym (ale prawdopodobnie płatnym) parkingu przy polu biwakowym w Rzekach blisko końca trasy.

Najlepiej być tu jak najwcześniej rano.
Początek żółtego szlaku po drugiej stronie ulicy.

Od parkingu wystarczy przejść przez ulicę i skręcić w alejkę z napisem Przysłop — żółty szlak jest wyraźnie oznaczony. Początkowo trasa biegnie pomiędzy domami i niedługo potem skręca w wąską, leśną ścieżynkę. Dość szybko zaczynamy osiągać wysokość dzięki wygodnym schodkom. Niedługo potem wychodzimy na bardziej otwartą przestrzeń i możemy cieszyć się pierwszymi widokami na Beskid Wyspowy. Rudawe krzewy pięknie kontrastują z majową zielenią, zamieniając szlak w kolorowy gobelin.

Droga szybko wprowadza nas w las.
Schodki to dobry moment, żeby rozruszać trochę mięśnie.
Niedługo potem wychodzimy z lasu.
Jeden z klimatycznych szałasów na szlaku.
Kolorowe dywany.

Idąc dalej, docieramy do punktu widokowego na polanie Jaworzynka, gdzie można na moment usiąść i odpocząć. Jednak nie ma sensu rozsiadać się tutaj na dłużej, bo za chwilę dotrzemy w jeszcze piękniejsze miejsce. Szlak lekko się wznosi po to, żeby za chwilę łagodnie opaść i wprowadzić nas na wyjątkowej urody polanę Podskały. To miejsce ma trochę nierzeczywisty charakter, jakby ze starego pejzażu. Po obydwu stronach rozpościerają się połacie miękkiej trawy, która aż się prosi, żeby rozłożyć na niej kocyk. Jest tutaj także kilka starych szałasów, w których można się schronić przed deszczem. Jeśli zatem nasza kondycja nie jest najlepsza, a bardzo chcielibyśmy mimo wszystko wybrać się w góry, to miejsce może być równie dobrze celem naszej wędrówki.

Najlepsze miejsce na śniadanie.
Bajecznie piękne Podskały.
Można patrzeć i patrzeć…

My jednak po dłuższej chwili idziemy dalej. Żółty szlak skręca w lewo i znów wkracza w las. Teraz czeka nas drugie strome podejście i znowu mamy schodki. Jest bardzo ciepło, a mimo to po obydwu stronach ścieżki coraz częściej zauważamy białe placki kryształowego śniegu. Zafascynowani tym kontrastem, nawet nie zauważamy, kiedy docieramy na Gorc Troszacki (1235 m n.p.m.). To jedyny szczyt na trasie, siódma co do wysokości góra w tym paśmie. Warto się tu zatrzymać i odsapnąć, ale przede wszystkim spojrzeć w lewo, ponieważ przy dobrej pogodzie można stąd zobaczyć panoramę Tatr. Tego dnia niebo było lekko zachmurzone, ale i tak udało nam się wypatrzeć ośnieżone zarysy tatrzańskich szczytów majaczące na horyzoncie.

I znowu schody…
Czyżby tajemnicza mapa skarbu?
Trochę za mało na bitwę na śnieżki…
I dotarliśmy na szczyt Gorca Troszackiego. Stąd już tylko kilometr na Kudłoń.
A może to tylko fatamorgana?
Gdybyśmy szli tą trasą na Turbacz, nie bylibyśmy jeszcze nawet w połowie.

Żółty szlak z Gorca Troszackiego prowadzi dalej przez Kudłoń aż na Turbacz (jeden ze szczytów wchodzących w skład Korony Gór Polskich). My jednak kierujemy się znowu w lewo, szlakiem zielonym, który od tego momentu prowadzi już tylko w dół. Idylliczna panorama na chwilę staje się bardziej przygnębiająca, wchodzimy bowiem w martwy las. Ogołocone pnie drzew smutno wyciągają swoje szare kikuty ku niebu, wyglądając trochę jak pokraczne krzyże. Ciekawa jestem, jak to miejsce wygląda w nocy…

Zielony szlak prowadzi nas w dół.
Drzewne cmentarzysko.

Na szczęście niedługo później docieramy do polany Stawieniec. Tutaj także można się zatrzymać i siąść na ławce albo bezpośrednio na trawie. Polana jest gęsto porośnięta niedużymi kępkami czegoś, co przypomina trochę kapustę — potem dowiaduję się, że roślina ta nazywa się ciemiężyca zielona, preferuje wilgotne tereny górskie i jest silnie trująca.

Jedna z licznych polan na trasie.
Tej kapusty lepiej nie jeść…

Kawałek dalej zielonym szlakiem i znów mamy śnieg! Tym razem jest go na tyle dużo, że postanawiam ulepić malutkiego bałwanka. Nie robiłam tego od lat. W tym roku śniegu nie było prawie wcale, więc tym bardziej mam na to ochotę. Zima i wiosna zderzają się ze sobą w tym miejscu bardzo jaskrawo — tuż obok śnieżnej połaci znajduje się pełna słońca polana porośnięta kwitnącymi krokusami.

Nie trzeba wcale jechać do Doliny Chochołowskiej.
Niestety nie miałam przy sobie marchewki. Ale za to śniegowy stworek dostał bardzo ładne uszy.

Schodzimy dalej w dół i na kolejnym skrzyżowaniu wybieramy niebieski szlak prowadzący w lewo. Teraz będziemy już cały czas iść doliną Kamienicy. Rzeka pieni się i wije, przecinając ścieżkę. Cały ten teren jest dość mokry, przez co obficie rosną tu kaczeńce. Znajdują się tu także zbiorniki dla płazów, w których urzęduje żabowe przedszkole. Ten etap szlaku jest bardzo łagodny, często więc spotykamy po drodze rodziny z małymi dziećmi oraz osoby na wózkach. Mijamy duży parking przy polu biwakowym i drogą asfaltową idziemy kawałek pod górę, aż docieramy do głównej szosy. Zatoczyliśmy pętlę i jesteśmy z powrotem na parkingu.

Są kaczeńce, więc muszą być i kaczki.
Spienione koryto rzeki.

Cóż mogę więcej dodać? Polecam tę trasę osobom, które mają ochotę na przyjemny i nieforsowny wypad w góry, a niekoniecznie muszą odwiedzić najpopularniejsze miejsca w danym regionie. Można potraktować ją jako trening przed zdobywaniem kolejnych szczytów KGP albo przed wyjazdem w Tatry, można również poszerzyć wycieczkę o Kudłoń czy nawet Turbacz. Przede wszystkim jednak warto tu po prostu być. Nie trzeba od razu wyznaczać sobie celu, można nawet obrać sobie za cel jedną z licznych polan na trasie i spędzić na niej dłuższy czas. Te rejony są tak malownicze, że żadna z opcji nie będzie złym wyborem. Tutaj wręcz namacalnie można poczuć lecznicze właściwości natury. Dlatego wszystkim, którzy chcieliby na chwilę zapomnieć o problemach i nacieszyć oczy prawdziwym pięknem, gorąco polecam Gorce.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.