Jak pojechać w długi weekend w Tatry i nie zwariować


Pomysły na wycieczki / czwartek, czerwiec 17th, 2021

Co zrobić, kiedy człowiek zapomni, że jest długi czerwcowy weekend i umówi się już na wycieczkę do Zakopanego? Z takiej sytuacji są trzy wyjścia. Można spanikować i odwołać wyjazd. Można zacisnąć zęby i stać się częścią tłumu, na który się tak narzeka. A można też spróbować znaleźć szlak mniej uczęszczany, a w niczym nieustępujący najpopularniejszym tatrzańskim miejscówkom.

Zdarzyło mi się już parę razy spotkać z podejściem, że Tatry są przereklamowane i szkoda na nie nerwów, skoro można spokojnie i bez tłoku pojechać w inne miejsca. Jasne, że można, wręcz warto, i dlatego jestem bardzo wdzięczna za ideę Korony Gór Polski, bo otworzyła mnie na zupełnie nowe szlaki. Jednakże nie da się ukryć, że tatrzańskie krajobrazy są jedyne w swoim rodzaju. Ich popularność nie wzięła się przecież znikąd. Wędrówki po górach w tłumie to nic przyjemnego, więc staram się tam jeździć poza weekendami i dniami świątecznymi. Jednak nawet w sobotę po Bożym Ciele, w ciepły, czerwcowy dzień, można znaleźć miejsce, w którym da się odpocząć od zgiełku i tłoku. A miejscem tym są Tatry Zachodnie.

Wędrówkę zaczynamy od Siwej Polany. Znajduje się tam kilka parkingów, płatnych od doby. Uwaga: pierwsze parkingi bywają droższe niż te dalsze, zatem warto nie ulegać presji osobom machającym i zaganiającym samochody, tylko spokojnie pojechać na sam koniec. Znajduje się tam obszerny parking (płatny 15 zł od samochodu), kilka traumatycznych toi-toiów oraz standardowe budki z górskimi pamiątkami. Jeszcze tylko wejściówka do parku narodowego i można wędrować.

Chochołowski Potok dotrzymuje nam towarzystwa.
Wkrótce zostawimy za sobą wygodną ścieżkę w dolinie.

Dolina Chochołowska wita nas ciepło, ale zaraz, jak to w górach, niebo zasnuwa się chmurami i zaczyna siąpić. Odwlekamy moment założenia peleryn, bo nikt nie chce chodzić z mokrą folią w plecaku. W końcu deszcz odpuszcza, a my docieramy do rozwidlenia na Polanie Trzydniówka, której nazwa kojarzy się z mało sympatyczną chorobą. Tutaj kończy się relaksujący spacer doliną i odbijamy czerwonym szlakiem w górę.

Dalsza droga może trochę zweryfikować nasze zdanie o własnej kondycji. Natrafiamy bowiem na niekończący się ciąg schodów. Parne powietrze i wciąż wiszące nad nami chmury nie pomagają we wspinaczce. Na szczęście częste odpoczynki mają swoje usprawiedliwienie. Szkoda pędzić przed siebie, gdy dookoła takie panoramy…

Ścieżka nie jest trudna, ale może zmęczyć.
Na drodze napotykamy sporo powalonych drzew.
Chmury ciągle straszą nas deszczem.
Wiosna w góry przybyła całkiem niedawno.

Mozolnie zdobywając wysokość, docieramy wreszcie do sympatycznego spłaszczenia tuż przed szczytem. Przed nami już tylko jedna buła! Ale zanim zdobędziemy tę bułę, czemu by nie odpocząć przez chwilę wśród miękkich, suchych krzewinek. Zwłaszcza że brzuchate chmury na razie pożegnały się z nami na dobre i słońce zapraszająco przypieka nam twarze. Czas nas nie goni, więc spędzamy tu dobre pół godziny. Chyba nigdzie indziej mi się tak dobrze nie drzemało!

Jeszcze tylko kawałek! I będzie drzemka!
Oficjalnie przyznaję temu miejscu pięć gwiazdek w kategorii „górskie spanko”.

Ostatnie metry są znowu dość strome, ale widok tabliczki z nazwą szczytu dodaje nam energii. Trzydniowiański Wierch (1758 m n.p.m.) nie jest imponująco wysoki, ale i tak rozciąga się z niego urzekający widok. Ogromna przestrzeń, oddalone szczyty i barwny dywan rudych zarośli poprzetykanych plamami śniegu — aż chciałoby się powiedzieć, że to miejsce zasługuje na większą sławę, ale każdy z nas jest trochę samolubem i w głębi duszy cieszy się, że tak niewiele osób postanowiło się tu dzisiaj wybrać.

Jedyny w swoim rodzaju, niepowtarzalny tatrzański gobelin.
Schody są dość strome. Na drugi raz wezmę ze sobą kijki.

Teraz czeka nas zejście stromymi schodami, które osoby z lękiem wysokości mogą przyprawić o lekki dyskomfort. Czerwony szlak prowadzi nas dalej w dół i pozwala zatoczyć zgrabną pętelkę. Wkrótce znajdujemy się już w dolinie Jarząbczego Potoku. Spokojna droga doprowadza nas wreszcie do rozwidlenia przy Polanie Chochołowskiej. Teraz jeszcze tylko kawałek zielonym szlakiem i nagle krajobraz całkowicie się zmienia, zapełniając się ludźmi oczekującymi na obiad w schronisku. Ledwo udaje nam się znaleźć miejsce.

Przez całą drogę sporadycznie mijamy ludzi bądź oni mijają nas.
Ale zazwyczaj towarzyszy nam tylko szum strumyka.
Jak zwykle, w dół idzie nam dużo szybciej niż pod górę.

Kiedy kończymy jeść, nagle nadciągają chmury i w końcu wypuszczają z siebie strugi deszczu, które wisiały nad nami przez cały ten dzień. Ulewa jest tak gwałtowna, że decydujemy się ją przeczekać. I rzeczywiście, deszcz nie trwa długo, a jego koniec obwieszcza niesamowicie nisko zawieszona tęcza, zamieniając zieloną dolinę w nierzeczywisty, bajkowy krajobraz.

Jest w czym wybierać!
W razie dylematu proponuję obciąć nieco obiad, a za to pozostawić miejsce na chochołowską szarlotkę z sosem jagodowym. To zdecydowanie najsłodsze wspomnienie z tego dnia.
Warto było poczekać na tę tęczę ♥

Wracając Doliną Chochołowską, jesteśmy już naprawdę zmęczeni. Cała trasa to nieco ponad 21 kilometrów, co jest zdecydowanie wystarczające jak na pierwszy wyjazd w góry w tym roku. Bardziej wprawieni wędrowcy mogą poszerzyć wycieczkę o Kończysty i Starobociański Wierch, ale my nie możemy się już doczekać widoku parkingu. Drogę wskazuje nam jeszcze jedna tęcza. Udało nam się przetrwać czerwcową sobotę w Tatrach i nie zwariować. I nawet peleryny wróciły do domu całkiem suche!

Bacówka parująca świeżo po deszczu.
Kolorowy drogowskaz.

Reasumując, wcale nie należy się bać letnich weekendów i świąt w Tatrach. Warto przede wszystkim wybierać mniej uczęszczane kierunki, choćby po to, by przekonać się, że w niczym nie ustępują Morskiemu Oku czy Giewontowi. Na pewno pomoże też jak najwcześniejsza pobudka — w niedzielę zawinęliśmy się do domu o 8:30 rano i to już było na tyle późno, by wydłużyć trasę o godzinę, ale to i tak nic w porównaniu z tym, co ponoć działo się na Zakopiance po południu. Uważam zatem, że z tego wyzwania wyszliśmy obronną ręką i mamy z tej wyprawy same miłe wspomnienia. I już planuję kolejny wyjazd.